Justyna Kotowiecka





Wszystko ma swój początek i choć to banalne, to właśnie od tego trzeba zacząć. Justyna Kotowiecka przyleciała do Norwegii w styczniu 2013 roku.

Polish Connection: Czy to szczęśliwy rok?

Justyna Kotowiecka: Nie jestem przesądna. To rok wielu zmian i życiowych decyzji.

PC: Dlaczego ten kierunek? Moda na Skandynawię?  

J.K: Nie. To zupełny przypadek. Nigdy nie myślałam o Norwegii jako krainie przyjaznej do życia, owszem interesowałam się historią, przeczytałam wiele książek ze Skandynawią w tle, niemniej nie wyobrażałam sobie życia tutaj.

PC: To co zadecydowało?

J.K: Mieszkałam 10 lat w USA. Gdy dzieci zaczęły szkołę, podjęłam decyzję o powrocie. Nie wiem czy słuszną, czy nie. To będzie można ocenić za kilkanaście lat. Tęskniłam bardzo za Polską. W tej miłości do kraju byłam bardzo samolubna i samotna. Myślałam, że wszyscy czują i rozumieją jak ja. Nie patrzyłam na dzieci i męża, którzy nie chcieli zmieniać niczego w swoim dotychczasowym spokojnym życiu. Ja czułam jakąś presję, moralny obowiązek. Wiedziałam, że mieszkając na Florydzie nie przekażę dzieciom tego patriotycznego ducha, który ja wyniosłam z domu pełnego tradycji i opowieści Babci, która brała udział w Powstaniu Warszawskim. Postawiłam na swoim i wróciliśmy wszyscy. Wkrótce jednak okazało się, że nic nie jest takie jak sobie wyobraziłam. Zresztą wyjeżdżając miałam 24 lata i zupełnie inne oczekiwania od życia, które podziwiałam z entuzjazmem przez różowe okulary. To pamiętałam. Po powrocie byłam matką trójki dzieci, doświadczoną kobietą, która nie jest rządna przygód, a konkretnych rozwiązań i stabilizacji potrzebnej do normalnego funkcjonowania. Do tego byłam przyzwyczajona. To mi dały Stany. W Polsce wciąż życie przypomina jazdę na rollercoasterze.

PC: I pojawiła się myśl ponownej emigracji?

J.K: Tak, już po kilku miesiącach postanowiliśmy wyjechać. Naszym kierunkiem była Kanada. Włożyliśmy w to bardzo dużo pieniędzy i czasu, aby ostatecznie po ponad dwóch latach usłyszeć, że nasz wniosek został odrzucony. Wtedy mąż usiadł i wysłał CV do Anglii i Norwegii w odpowiedzi na ogłoszenia, które znalazł w internecie. Po trzech dniach przyszła odpowiedź z Bergen i nie myśląc za wiele spakował się i poleciał. To był listopad. W styczniu dołączyłam do niego z dziećmi.

PC: Dlaczego nie USA?

J.K: Tak myślałam, że padnie to pytanie. W USA byłam nielegalnie. Dostałam zakaz wjazdu na 10 lat, gdy poszłam do ambasady i powiedziałam urzędnikom prawdę. Mąż też powiedział i otrzymał wizę, dzieci mają obywatelstwo, a ja zakaz... Ciężko jest zrozumieć prawo emigracyjne, które każdy urzędnik interpretuje na swój sposób.

PC: Znając już historię przyjazdu do Norwegii, możemy przejść do życia w Bergen, gdzie trzy lata temu powołałaś do życia organizację Propter Familia. Co oznacza ta nazwa?

J.K: Propter to słowo zaczerpnięte z łaciny. Ma wiele znaczeń, a jedno z nich to “dla dobra”. Znane jest powiedzenie propter bonum Reipublicae - dla dobra Rzeczypospolitej. Spodobało mi się, gdy w rozmowie zasugerował mi je znajomy. I tak powstała organizacja Propter Familia - dla dobra rodziny. Nazwa trudna, nie kojarząca się z Polską, ale z systemem wartości, gdzie rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa. Pomysł spodobał się również Jarosławowi i Małgorzacie Szulc, którzy są zaangażowani w życie organizacji od samego początku. To z Jarkiem otworzyliśmy Propter Familia, z czasem doszła do nas niezastąpiona Justyna Szwarc i tak to wszystko się zaczęło.

PC: Jaki jest zakres działania? Na co może liczyć człowiek trafiający do organizacji?

J.K: Początkowo chciałam, aby to było takie centrum rzetelnych informacji dla nowo przybyłych do Norwegii rodaków. Ja sama czułam się zagubiona. Bez znajomości języka, specyfiki kraju, prawa, zwyczajów kulturowych łatwo o błędy, a jak wiadomo one nas zawsze dużo kosztują, nie tyle pieniędzy co nerwów i zdrowia psychicznego. Stąd ta funkcja informacyjna,
stworzenie bazy firm, organizacji i instytucji, które są kompetentne w tym, co robią i mogą służyć za drogowskaz. Dość szybko się okazało, że jest ogromne zapotrzebowanie na psychologa polskojęzycznego i tak powstał kolejny projekt, gdzie wykwalifikowane osoby - Joanna Pilarczyk i Magdalena Baziuk-Nyga prowadzą nieodpłatne konsultacje i terapię przez Skype. Następnym krokiem było powołanie do życia Projektu Mama, gdzie od dwóch lat koordynuje go Aleksandra Podwiązka. Z zajęć skorzystało już blisko sto kobiet. Moim marzeniem było stworzenie organizacji, która odpowiada na zapotrzebowanie Polonii w Bergen, dlatego bacznie obserwowałam to środowisko. I tak powstały kolejne projekty.

PC: Czy masz świadomość ciążącej odpowiedzialności za brata-emigranta?

J.K: Tak. Ogromne, niemniej nie powołałam do życia organizacji, by zbawiać świat, tylko aby służyć. I tą pomocą służę. Każdy może przyjść, zadzwonić porozmawiać. Czasami ta rozmowa, ten czas, który poświęca się na wysłuchanie historii jest ważniejszy niż wszystko inne. Często jest tak, że człowiek mówiąc o swoich problemach, czy pomysłach, obawach sam wpada na genialne rozwiązania. Drzemie w nas, w Polonii, ogromny potencjał i cieszę się jak go w sobie odkrywamy.

PC: A co powiesz o polskiej mentalności, o człowieku-wilku dla bliźniego z Ojczyzny?

J.K: Jesteśmy ludźmi. To wszystko. Są wśród nas wilki, owce, lwy. Czy to w Polsce, czy na obczyźnie. To nie ma znaczenia.

PC: Budujesz nowe doświadczenie emigracyjnej tożsamości, pamięci o tym, co polskie? Czy wręcz przeciwnie, pomagasz zapomnieć, otwierając drzwi do nowego?

JK: Każdy z nas otworzył drzwi do nowego i świadomie przekroczył próg. To jest ekscytujące, ale i przerażające. Jedni z nas kroczą powoli, oglądając się za siebie, a drudzy pędzą na oślep. W tym wszystkim jednak najważniejsza jest tożsamość. Świadomość tego, kim jesteśmy. Chciałabym, abyśmy o tym pamiętali. Można pięknie połączyć oba te światy. Zaakceptować zmiany, otworzyć się na nowe, wykorzystując wiedzę i swoje pochodzenie. Takim wzorem dla mnie jest Polonia Amerykańska, choć samo społeczeństwo lokalne tam jest inne, bardziej przyjazne i otwarte.

PC: Jakie są przyczyny emigracyjnych niepowodzeń?

J.K: Czas. Na wszystko trzeba sobie dać czas. To po pierwsze. Po drugie, ciągłe myślenie o powrocie. Planowanie co będzie jak już zarobimy i wrócimy. To życie i tu i tam. W rezultacie lata mijają i nie ma nas ani tu, ani tam. Porównywanie, to kolejna rzecz, która nie pomaga, a szkodzi.

PC: Kim byłaś jako polska dziewczyna przed emigracją? Czy każda kolejna emigracja to utrata siebie, jakiejś ważnej części?

JK: Ja nigdy nie chciałam emigrować. Ani do USA, ani do Norwegii. Jako 23-letnia dziewczyna pojechałam na rok do Anglii, wracając zarzekałam się, że nigdy więcej. Za dwa lata siedziałam w samolocie do Miami. Pamiętam, że jako dziecko mówiłam, iż nie chcę zwiedzać świata, że nie chcę wiedzieć, co jest poza granicami kraju, by później nie żałować, że się urodziłam w Warszawie. Dziś wiem, że nie ma czego żałować. Jestem rozerwana na trzy. Kocham swoją Warszawę pełną zapachów z dzieciństwa. Kocham Deerfield Beach, plażę, która przypomina mi o beztrosce, oliwce dziecięcej i radosnym uśmiechu pełnym słońca. Zakochuję się w Bergen, mieście na tyle małym, a jednocześnie tak dużym, że wciąż zdarza mi się zgubić. Wszędzie zostawiłam część siebie. Wspomnienia. Przyjaciół. Każde z tych miejsc jest ogromnie ważne. Jedyne w swoim rodzaju. Jestem wszędzie. Pomiędzy.

PC: I tu pojawia się pytanie o narodziny poezji. Czy ona jest wyrazem buntu, samotności, a może przeciwnie - miłości, szczęścia, potrzeby pisania samej w sobie?

JK: Pisanie jest ogniwem łączącym wszystko to co mam, z tym co zgubiłam po drodze.

PC: Czy chcesz się wzbić ponad rzeczywistość? Jaka ona jest? Zawiodłaś się? Jest surowa? Buduje cię czy niszczy?

JK: Rzeczywistość ma kolory i smaki, zapachy. Poezja jest, choć nie zawsze, jej odbiciem. Umiem poruszać się w obu tych światach i nie wyobrażam sobie, aby któregoś z nich zabrakło. Nie pragnę wzbić się ponad rzeczywistość ani widzieć świata takim jakim nie jest. To, czego się boję to anonimowości, nieistnienia po śmierci, zapomnienia. Dlatego piszę, bo słowo przetrwa i wierzę, że zakurzone teksty znajdzie jakieś moje pra, pra, prawnuczę i zapyta się, kto to napisał.

PC: Czy organizacja jest też taką formą obrony przed zapomnieniem?

JK: Nie. To zupełnie coś innego. Tu czuję, że żyję. Jestem częścią projektu, który ma na celu umilić wszystkim pobyt na emigracji, który ma łączyć Norwegię z Polską i nas samych. Organizacja to ludzie. Przede wszystkim ludzie, którzy ją tworzą. To Polonia bergeńska.
Wciąż dochodzą do nas nowe osoby, które mają serce na dłoni. Taką osobą jest między innymi Marta Jędryka-Plesińska, która zaczęła z nami współpracować ponad rok temu, a której nie są obojętne dzieci. To im i ich rozwojowi poświęca najwięcej uwagi. Również z jej inicjatywy we współpracy z Aleksandrą Podwiązką powstał najnowszy projekt Salonik Kobiecy. Marzena Żak to anioł, który czyta swoim anielskim głosem bajki najmłodszym i koordynuje Bergen Ungdom Art, projekt skierowany do dzieci w wieku szkolnym. Andrzejowi Gołuckiemu tak się spodobała idea, że stworzył dla nas stronę internetową. Organizacja to w końcu wszyscy członkowie Propter Familia, których jest coraz więcej.

PC: Jak widzisz swoją najbliższą przyszłość - który z projektów w tym momencie jest dla Ciebie priorytetem, a może wszystkie traktujesz na równi?

JK: Projekty Propter Familia są jak moje dzieci, a je kocha się wszystkie. Nie umiem wyróżnić jakiegoś szczególnie, niemniej chciałabym, aby było więcej tych kulturalno-społecznych, abyśmy mogli pielęgnować w nas polskość. Mam też jeden projekt, który zaczęłam rok temu, a którego nie dokończyłam. To mój cel na 2018 rok, ale nie będę zdradzać szczegółów. To tyle jeśli chodzi o organizację, bo prywatnie chciałabym teraz skoncentrować się na sobie. Większość życia poświęciłam mężowi, jeżdżąc za nim oraz dzieciom, zapominając o tym, że kobieta to nie tylko matka i żona, ale również człowiek, który potrzebuje czasu i przestrzeni dla siebie, aby być całkowicie spełnionym, a co za tym idzie szczęśliwym. Teraz do pełni szczęścia brakuje mi normalnej pracy zarobkowej, nie wierzyłam, że to kiedyś powiem, ale tak jest. Propter Familia to organizacja non-profit, nie czerpię z niej żadnych korzyści finansowych, może z czasem stanie się miejscem pracy, niemniej nie teraz. A ja chcę już poczuć tę niezależność finansową. Jestem dobra w administracji, księgowości i mediach społecznościowych. Lubię to i chciałabym być czynna zawodowo. Niby zwykła rzecz, a jednak na obczyźnie stanowi wyzwanie. I pisanie… To czas, aby w końcu, po czterdziestce, spełnić swoje największe marzenie. Gdyby udało mi się połączyć wszystko w jedno, mogłabym o sobie powiedzieć - szczęściara. Wierzę, że na wszystko nadejdzie czas, a ja mam tę zaletę, że jestem cierpliwa.


1 komentarze:

 

Blogger news

Blogroll

About